Prezes - prawda jest blisko. Posłanka Wassermann - potrzebujemy 3 lata

Co by było gdyby nie doszło do katastrofy smoleńskiej? Po pierwsze byłoby wśród nas 96 osób z parą prezydencką, wielu wartościowych ludzi oraz nie byłoby dramatu, jaki przeżyły rodziny ofiar. Nie byłoby podziału w narodzie, a układ na scenie politycznej wyglądałby zupełnie inaczej. Wśród wiodących polityków nie byłoby Antoniego Macierewicza, który wykorzystał narodową tragedię, jako narzędzie polityczne i sposób na orbitowanie w przestrzeni publicznej. Zwolennicy spiskowej teorii o zamachu stali się pokaźnym, twardym elektoratem PiS. Wyborcy ci jednak odchodzą od partii Kaczyńskiego. Po latach emocje opadły, a kuriozalne, groteskowe tezy Macierewicza i powtarzanie przez prezesa co miesiąc, że prawda jest blisko, zmęczyły tę część Polaków.

Antoniemu Macierewiczowi, PiS, Klubom Gazety Polskiej, Solidarnym 2010 i tak przez wiele lat udawało się dzielić naród, podsycać emocje oraz budować napięcie wokół tragedii smoleńskiej. Po wypowiedzi szefa MON w szkole o. Rydzyka w ubiegłym roku, o tym, że Putin ma krew na rękach i stanowczej reakcji strony rosyjskiej, nie słyszymy już o zamachu.



Wyjaśniająca katastrofę smoleńską komisja Jerzego Millera i tak sporą odpowiedzialność obarczyła polski rząd. Bałagan podczas przygotowania podróży prezydenckiej delegacji, kiepska rządowa flota lotnicza. I mieli rację, ale nie to było przyczyną tragedii w drodze na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej. Ostatnie 8 minut z czarnej skrzynki z oczyszczonym dźwiękiem rozwiało wszelkie spekulacje o zamachu. Piloci lecący pod silną presją, ostrzegani z dwóch rosyjskich wież lotniczych o złych warunkach pogodowych, przestrzegani przez załogę Jaka - 40 o złej widoczności i namawiani do lądowanie na innym lotnisku, podjęli jednak ryzyko, które zakończyło się wielką tragedią.

Ówczesny premier rządu PO - PSL został postawiony pod ścianą. Gdyby nie zgodził się na pracę komisji Macierewicza, zostałby posądzony o to, że coś ukrywa. Z kolei dając mu wolną rękę, jednocześnie dał narzędzia polityczne do budowania elektoratu wokół tragedii. Macierewicz, to cynicznie wykorzystał, kiedy sondaże pokazywały, że połowa Polaków ma wątpliwości, co do katastrofy, a 25 procent wierzy w zamach.

Co wyjaśniła komisja Macierewicza? Nic. "Karmiła" naród rewelacjami o brzozie, urwanym skrzydle, wybuchach na pokładzie Tupolewa, rozpylonej mgle oraz krwi na rękach Tuska i Putina, którzy mieli wspólnie przeprowadzić zamach. Macierewicz umiejętnie podzielił Polaków, wskazując rzekomych wrogów.

Wojna miedzy PiS i PO nie zaczęła się 10 kwietnia 2010 roku. Obie partie powstały 9 lat wcześniej wywodząc się z tego samego prawicowego środowiska. Przez lata wędrówki polityków z jednego do drugiego ugrupowania były czymś powszechnym. W 2002 roku podczas wyborów samorządowych tworzone były nawet komitety POPiS. Po przesunięciu się rządzącej przez 4 lata koalicji SLD - UP (wynik 41%) na własne życzenie do opozycji, pierwsze skrzypce zaczęły odgrywać partie Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska. Polacy mieli przed oczyma obraz duopolu partyjnego i głosowania na tzw. mniejsze zło. Skupione na PO i PiS media, na batalii między dwoma ugrupowaniami, zepchnęły na boczny tor inne środowiska polityczne. Właśnie tuż po katastrofie smoleńskiej z niebytu politycznego od czasów słynnej "listy Macierewicza" powrócił główny scenarzysta i reżyser teorii zamachu.

Po 7 latach od dramatu wielu rodzin i bliskich ofiar Służba Kontrwywiadu Wojskowego publikuje na swojej stronie dwuminutowe nagranie, na którym widzimy wsiadającą do samolotu parę prezydencką, gen. Błasika oraz funkcjonariuszy BOR. Co to ma wyjaśnić? Antoni Macierewicz powtarza, że sprawa jest wyjaśniona. Poszukiwani są tylko sprawcy. W oparciu o dowody sejmowej podkomisji Macierewicza, prokuratura stawia zarzuty obsłudze wież kontrolnych Federacji Rosyjskiej. Prezes Kaczyński, sugerując zamach 10 dnia każdego miesiąca powtarza, jak mantrę, że prawda jest blisko, tymczasem posłanka Małgorzata Wassermann twierdzi, że komisja potrzebuje jeszcze 3 lata, aby wyjaśnić sprawę do końca.

Jest to klasyczna gra Smoleńskiem. Spektakl dla elektoratu wierzącego w zamach. To robienie z dramatu i wielkiej narodowej tragedii show politycznego, którego autorzy, znając doskonale prawdę, próbują część Polaków od niej oddalać. Kolejne ekshumacje, które są przeżyciem dla rodzin i rozdrapywaniem ran, nic nie wnoszą do tej "prawdy, która jest blisko". Sęk w tym, że o ile w rodzinach ofiar katastrofy nadal jest żal po stracie, to już w Polakach emocje opadły. Po to są właśnie te miesięcznice, które te emocje mają podsycać. Nie tędy droga. Jarosław Kaczyński musi pogodzić się z tym, że zarówno on i PiS mają elektorat na tym samym poziomie, kiedy startowali w 2001 roku do Parlamentu RP, czyli około 10 procent. Reszta to własność wyborcza O. Rydzyka, Radia Maryja i Klubów Gazety Polskiej, forsujących teorię zamachu oraz ułamek tych, którzy zagłosowali za 500 plus. Elektorat roszczeniowy zagłosuje na tych, którzy będą mieli większe sondaże, ponieważ tych pieniędzy żadna partia im nie odbierze. Na Smoleńsku i "na prawdzie, która jest blisko" prezes kapitału politycznego już nie zbije, a wręcz przeciwnie. Zmęczy wyborców.

Co byłoby gdyby nie doszło do katastrofy TU 154M? Po pierwsze, najważniejsze, nie byłoby cierpienia i żałoby wśród rodzin ofiar. Antoni Macierewicz wspominałby słynną listę, a biorąc pod uwagę wyższe sondaże PO, Komorowski mógłby wygrać wybory prezydenckie z Lechem Kaczyńskim. Na innym poziomie, ale wojna między PiS i PO nadal by trwała. PiS byłoby pozbawione pokaźnego elektoratu i nie wygrałoby wyborów.

Rodziny i bliscy ofiar buntują się przeciwko upolitycznianiu tragedii. Nie ma to znaczenia dla Kaczyńskiego, Macierewicza oraz innych klakierów z PiS przyklaskującym im. PiS robi to z czysto egoistycznych pobudek. Liczy się tylko władza. Polacy lubili od dawien dawna dyskutować o polityce. To była taka nasza "dyscyplina narodowa". Obecnie zostaliśmy upolitycznieni od stóp do głów. Zamiast konstruktywnych debat, słyszymy z mównicy sejmowej opluwanie się, że ktoś ma krew na rękach, jest zdrajcą. Nic nie wnosząca pożytecznego do naszego życia polityka stała się wszechobecna. Nie można przed nią uciec.

Tuż przed wyborami w 2015 roku liderka Zjednoczonej Lewicy, Barbara Nowacka wypowiedziała bardzo ważne i prorocze słowa. - Koniec z wmawianym nam duopolem partyjnym. Platforma Obywatelska nie obroni was przed PiS. I miała rację. Zarówno PO, jak i Nowoczesna zajęte są batalią o pozycję lidera opozycji. Dwie największe sejmowe partie opozycyjne strzelają ślepakami, są słabe i nieudolne. A z drugiej strony mamy PiS, niszczący wszystko po drodze, jak tsunami, ale konsekwentny i zdyscyplinowany.

Trzeba mieć nadzieję, że po tej "czarnej kadencji", wyborcy postawią nie na ludzi, którzy będą krzyczeć - Smoleńsk! Nie na tych, którzy stale biją się w serce i przepraszają, że narozrabiali, lecz na osoby, które już teraz są aktywne poza Sejmem, dyskutują o przyszłości Polski, są kreatywne i pełne energii do działania. Ci ludzie nie będą przywoływać demonów przeszłości. Postawią na rozwój i przyszłość. Czas na zmianę pokoleniową w polityce, czas na mądre pokolenie z ideami.
Trwa ładowanie komentarzy...