Warunki były specyficzne, ponieważ obietnice wyborcze PiS przesłaniały zdrowy rozsądek. Mimo to, do urn wyborczych poszła tylko połowa uprawnionych do głosowania, a w wielu miejscowościach okręgu 10. jeszcze mniej.
Podobnie było z Piotrem Glińskim, który z Warszawy przyjechał do Łodzi, gdzie rządzą od lat PO, PSL i SLD, żeby stanąć w blokach startowych z pisowskiej „jedynki”. W Kielcach (frekwencja 37,76 proc.) lokomotywą wyborczą była jedna z „aniołków Kaczyńskiego”, Anna Krupa. Ta kandydatka jest ewidentnym przykładem, że wyborcy PiS zakreślają pierwszą pozycję w ciemno. Bo kto by tam pamiętał „aniołka” sprzed 4 lat, który był ozdobą Jarosława Kaczyńskiego. W Sieradzu (łódzkie) listę PiS otworzył natomiast Witold Waszczykowski – piotrkowianin, dzisiaj szef MSZ.
„Spadochroniarze” są stosowani praktycznie przez wszystkie partie, ale tylko w PiS, tam gdzie jest niska frekwencja wyborcza. Przyjezdni w tych rzekomych „bastionach” mogą zdobyć najwięcej mandatów przy wiernym elektoracie, gdzie np. prężnie działają kluby „Gazety Polskiej”. Wtedy Kaczyński ma pewność, że przy mizernej frekwencji lub ruchomym, niezdecydowanym elektoracie czy rozdrobnieniu głosów na inne komitety, wierni wyborcy PiS dopiszą. Nie zmienią tego nawałnice, grad czy trąba powietrzna.
Zbliża się ważna rocznica. Od 4 czerwca 1989 roku, kiedy Gary Cooper w stroju kowboja zachęcał wyborców z plakatów „Solidarności” do zmierzenia się z peerelowskimi władzami, w samo południe, minęło 28 lat. Nie były to pierwsze wolne wybory w wolnej Polsce, biorąc pod uwagę, że obóz solidarnościowy dostał 35 proc. miejsca w Sejmie. Za to 100 proc. w Senacie, co opozycja wobec PZPR wykorzystała niemal w całości. Ta data jest jednak symbolem wolności i niech tak zostanie. Frekwencja wyniosła wówczas trochę ponad 62 proc.
Później zostawiono nas z tą demokracją, wolnymi wyborami, samych sobie. Polacy jakby zapomnieli, że są Suwerenem. A z drugiej strony nikt nam o tym nie przypominał. Zabrakło edukacji społecznej, że to my decydujemy podczas wyborów samorządowych, parlamentarnych, prezydenckich czy w referendach. Nikt nikogo do głosowania nie może zmusić. Nie tędy droga. Jedni nie chodzą do urn wyborczych, ponieważ nie widzą odpowiedniego kandydata czy ugrupowania. Jeszcze inni nie mają nawyku głosowania.
Na przykład, w niektórych krajach skandynawskich za nie pójście do wyborów grozi grzywna. W innych, dojrzałych demokracjach niska frekwencja jest oznaką ustabilizowanej sceny politycznej i zaufaniu do polityków. Ale Polska po blisko 30 latach dojrzałą demokracją nie jest.
I jeśli dzisiaj tak głośno krzyczy się na ulicach o tej demokracji, powinniśmy zrozumieć, że ważnym narzędziem demokracji w naszych rękach są karty do głosowania. Jeden oddany głos, to nie zaledwie jedna karta wrzucona do urny wyborczej, tylko aż jedna karta. Obecnie jesteśmy upolitycznionym narodem od stóp do głów. Polakom już bokiem wychodzi ta polityka. Jednak podczas jakichkolwiek wyborów warto pomyśleć - mam wpływ, jako jednostka, na to co dzieje się w moim kraju i zagłosuję w zgodzie z własnymi poglądami, wartościami i sumieniem, ponieważ wysoka frekwencja wyborcza w naszym kraju jest na wagę złota.
