O autorze
"Dawid Ciżewski" - (rocznik 1978) absolwent politologii oraz dziennikarstwa i komunikacji społecznej Uniwersytetu Warszawskiego. Wieloletni współpracownik Telewizji Polskiej S.A., TVN 24 (dziennikarz, autor materiałów informacyjnych, reportaży) oraz Dziennika Łódzkiego. Specjalista w zakresie pracy nad wizerunkiem, PR, marketingu politycznego, coachingu. Prezes zarządu Stowarzyszenia Promocji i Edukacji Społecznej "Pokolenie IDEA".

dawidcizewski@wp.pl

"Bastiony wyborcze PiS" to bzdura

„Panowie, policzmy głosy”. Polałem teraz trochę miodu na serce PiS. Hasło – „Bastiony PiS” powstało w celach piarowych po wygranych wyborach przez tę partię w 2005 roku. Po ośmiu latach zasiadania posłów Jarosława Kaczyńskiego w opozycji, slogan powrócił w 2015 roku. Tyle, że w Polsce nie ma takiego zjawiska. Są w tych miejscach za to: niska frekwencja, fanatyczny elektorat, i "gwoździe programu", czyli tzw. „spadochroniarze”, zajmujący pierwsze miejsca na listach wyborczych PiS.

Trzecią z kolei kadencję w rzekomym „Bastionie PiS” – okręg 10. Piotrków Trybunalski (woj. łódzkie), ląduje nie kto inny, jak Antoni Macierewicz. Powinien startować z listy stołecznej. Dostaje oczywiście „jedynkę” i wynik 33 960 (blisko 12% z całej listy). 25 października 2015 roku obecny szef MON zubożał w obcym sobie okręgu o 8 000 głosów w stosunku do wyniku sprzed 4 lat, a drugi „spadochroniarz” – tym razem z Łomianek, mandatu nie otrzymał. Bartłomiej Misiewicz wystawiony na czwartej pozycji dostał zaledwie... 1 992. Wydawałoby się, że przy takich sondażach krajowych i liczeniu głosów metodą D'Hondta (kandydaci z niższych miejsc pracują na wynik peletonu), wejście kandydata do Sejmu RP z wysokiego, czwartego miejsca będzie czystą formalnością. Ale nie przy tak niskim poparciu. Na otarcie łez były pracownik apteki otrzymał funkcję rzecznika i szefa gabinetu politycznego ministra obrony narodowej. Misiewicz, który jest kością niezgody pomiędzy Macierewiczem a prezesem PiS, obecnie realizuje się w TV Republika. Wyszło na to, że ze stolicy okręgu 10. , Piotrkowa Trybunalskiego nie weszli do parlamentu lokalni liderzy, ponieważ obsadzeni zostali daleko za przyjezdnymi. Wyborcy PiS przyzwyczajeni do głosowania na „jedynki”, otworzyli listę również numer 1, czyli KWW PiS i postawili „X” przy nazwisku Macierewicza. I tak właśnie PiS zniechęca lokalnych działaczy, którzy zawiedzeni tworzą później własne frakcje.



Warunki były specyficzne, ponieważ obietnice wyborcze PiS przesłaniały zdrowy rozsądek. Mimo to, do urn wyborczych poszła tylko połowa uprawnionych do głosowania, a w wielu miejscowościach okręgu 10. jeszcze mniej.

Podobnie było z Piotrem Glińskim, który z Warszawy przyjechał do Łodzi, gdzie rządzą od lat PO, PSL i SLD, żeby stanąć w blokach startowych z pisowskiej „jedynki”. W Kielcach (frekwencja 37,76 proc.) lokomotywą wyborczą była jedna z „aniołków Kaczyńskiego”, Anna Krupa. Ta kandydatka jest ewidentnym przykładem, że wyborcy PiS zakreślają pierwszą pozycję w ciemno. Bo kto by tam pamiętał „aniołka” sprzed 4 lat, który był ozdobą Jarosława Kaczyńskiego. W Sieradzu (łódzkie) listę PiS otworzył natomiast Witold Waszczykowski – piotrkowianin, dzisiaj szef MSZ.

„Spadochroniarze” są stosowani praktycznie przez wszystkie partie, ale tylko w PiS, tam gdzie jest niska frekwencja wyborcza. Przyjezdni w tych rzekomych „bastionach” mogą zdobyć najwięcej mandatów przy wiernym elektoracie, gdzie np. prężnie działają kluby „Gazety Polskiej”. Wtedy Kaczyński ma pewność, że przy mizernej frekwencji lub ruchomym, niezdecydowanym elektoracie czy rozdrobnieniu głosów na inne komitety, wierni wyborcy PiS dopiszą. Nie zmienią tego nawałnice, grad czy trąba powietrzna.

Zbliża się ważna rocznica. Od 4 czerwca 1989 roku, kiedy Gary Cooper w stroju kowboja zachęcał wyborców z plakatów „Solidarności” do zmierzenia się z peerelowskimi władzami, w samo południe, minęło 28 lat. Nie były to pierwsze wolne wybory w wolnej Polsce, biorąc pod uwagę, że obóz solidarnościowy dostał 35 proc. miejsca w Sejmie. Za to 100 proc. w Senacie, co opozycja wobec PZPR wykorzystała niemal w całości. Ta data jest jednak symbolem wolności i niech tak zostanie. Frekwencja wyniosła wówczas trochę ponad 62 proc.

Później zostawiono nas z tą demokracją, wolnymi wyborami, samych sobie. Polacy jakby zapomnieli, że są Suwerenem. A z drugiej strony nikt nam o tym nie przypominał. Zabrakło edukacji społecznej, że to my decydujemy podczas wyborów samorządowych, parlamentarnych, prezydenckich czy w referendach. Nikt nikogo do głosowania nie może zmusić. Nie tędy droga. Jedni nie chodzą do urn wyborczych, ponieważ nie widzą odpowiedniego kandydata czy ugrupowania. Jeszcze inni nie mają nawyku głosowania.

Na przykład, w niektórych krajach skandynawskich za nie pójście do wyborów grozi grzywna. W innych, dojrzałych demokracjach niska frekwencja jest oznaką ustabilizowanej sceny politycznej i zaufaniu do polityków. Ale Polska po blisko 30 latach dojrzałą demokracją nie jest.

I jeśli dzisiaj tak głośno krzyczy się na ulicach o tej demokracji, powinniśmy zrozumieć, że ważnym narzędziem demokracji w naszych rękach są karty do głosowania. Jeden oddany głos, to nie zaledwie jedna karta wrzucona do urny wyborczej, tylko aż jedna karta. Obecnie jesteśmy upolitycznionym narodem od stóp do głów. Polakom już bokiem wychodzi ta polityka. Jednak podczas jakichkolwiek wyborów warto pomyśleć - mam wpływ, jako jednostka, na to co dzieje się w moim kraju i zagłosuję w zgodzie z własnymi poglądami, wartościami i sumieniem, ponieważ wysoka frekwencja wyborcza w naszym kraju jest na wagę złota.
Trwa ładowanie komentarzy...