Kaczyński i PiS, wara od daty 4 czerwca 1989 roku

Dwadzieścia osiem lat temu mało kto myślał, że będziemy protestować tak tłumnie w obronie swoich praw, demokracji, wolności i Konstytucji. 4 czerwca 1989 roku utkwiliśmy w przekonaniu, że nikt nam tego nie odbierze. Skupiliśmy się na poprawie naszych warunków życiowych, codziennych i przyziemnych, co nie oznacza, że nie jest to ważne. Musieliśmy po ponad ćwierć wieku zacząć tracić te demokratyczne wartości, aby je docenić. Ale czy dojrzeliśmy do demokracji?

Obecne władze, zwolennicy PiS oraz innych ugrupowań radykalnych już nawet nie pytają Polaków „gorszego sortu”, co takiego utraciliście, jak zmieniło się wasze życie po ostatnich wyborach prezydenckich i parlamentarnych? Odpowiedź jest dziecinnie prosta i zarazem szokująca. Mamy podzielony kraj i dwa prawa - konstytucję i pisowskie ustawy. Jeśli w 1997 roku w demokratycznym referendum wybraliśmy taką formę zapisu Konstytucji RP, która jest głównym źródłem i wyznacznikiem polskiego prawa, a ustawa większości sejmowej "góruje" nad tą zasadniczą, to demokrację zastępuje autorytaryzm większości sejmowej. Jeżeli ktoś łamie trójpodział władzy, wprowadzając nowele, które centralizują decyzyjność w jednej garści, to jest to ewidentny i niepodważalny zamach na demokrację i wolność obywatelską. Ignorowanie wyroków Trybunału Konstytucyjnego, które są ostateczne, paraliżowanie prac sędziów TK było działaniem wbrew prawu. Kaczyński jest konsekwentny. Zignorował zalecenia Komisji Europejskiej, odczekał swoje i przejął TK. Opozycja sejmowa ma związane ręce. Nie ma debaty publicznej o sprawach ważnych dla Polaków i Polski. Jest za to wojna dwóch zwalczających się partii konserwatywnych, wywodzących się z tego samego środowiska politycznego, które powstały równolegle po rozpadzie Akcji Wyborczej Solidarność.



Skoro Polacy również podczas referendum podjęli decyzję, że chcą, aby nasz kraj znalazł się w strukturach Unii Europejskiej i nic nie wskazuje na to, żeby większość narodu była z tego niezadowolona, a ktoś odwraca się od Wspólnoty czterema literami, to gdzie jest ta demokracja? Polska jest pierwszym państwem UE, w którym po dojściu PiS do władzy wprowadzono procedurę ochrony państwa prawnego. Rząd pisowski robił wszystko, aby Donald Tusk nie pozostał na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej, głosując przeciwko polskiemu kandydatowi. Nasz kraj jest po prostu obecnie niesuwerenny i podległy Jarosławowi Kaczyńskiemu oraz jego świcie, a demokracja w Polsce ma się fatalnie, o ile w ogóle jeszcze można mówić, że żyjemy w kraju demokratycznym.

Chociaż wybory 4 czerwca 1989 roku nie były w pełni demokratyczne, nasz kraj jest symbolem wolności i demokracji zdobytej bez jednego strzału. Dopiero później runął mur w Niemczech, Węgry wkroczyły na drogę demokratycznej transformacji ustrojowej, a w Czechosłowacji nastąpiła „aksamitna rewolucja”. Niedługo po tych wydarzeniach rozpadł się Związek Radziecki.

Przez te 28 lat mieliśmy sporo politycznych zawieruch i wyborczych niespodzianek w Polsce. Niesprawiedliwym tego, co dzisiaj dzieje się w Polsce, byłoby wskazać jedynie Jarosława Kaczyńskiego i PiS. Oni postawili wielką kropkę nad „i”. Przez ostanie lata nie ukształtowała się na tyle mocno i wyraziście scena polityczna. Okazję rządzenia w Polsce miały już wszystkie czołowe partie polityczne, łącznie z ugrupowaniami populistycznymi.

Po Jarosławie Kaczyńskim można było wiele się spodziewać, ale tego co stanie się po 25 października 2015 roku nikt nie mógł przewidzieć. A sam Kaczyński nie spodziewał się, że w obronie swoich praw naród zacznie manifestować tłumnie i regularnie. Prezes nie przypuszczał, iż Polacy chociaż dostali tę wolność bez walki 1989 roku, za wszelką cenę będą jej bronić dzisiaj. Nie brał pod uwagę Czarnych Protestów, Ogólnopolskiego Strajku Kobiet czy ruchów obywatelskich, walczących o podstawowe prawa człowieka.

Kaczyński i PiS oblali zupełnie egzamin z demokracji. Pokazali arogancję, brak szacunku do innych niż ich wyborcy. 75% Polek i Polaków nazywani są zdrajcami oraz rebeliantami. PiS traktuje naród, jak durni i „ciemny lud”. I jakiż trzeba mieć „talent”, żeby w ciągu kilkunastu miesięcy skłócić się z połową świata, a Polaków podzielić na gorszych i lepszych, media na te złe oraz "prawdomówne" - narodowe.

Polscy politycy zrobili najgorszą rzecz jaką można było zrobić w tej młodej demokracji. Nie wzięli odpowiedzialności za swoje słowa i Polskę. Skorzystali z najniebezpieczniejszych narzędzi, walcząc o wyborców, czyli z populizmu i odwoływania się do najniższych instynktów społecznych. Politycy i partie populistyczne na czele z PiS urządziły sobie z kampanii wyborczych festiwal obietnic i marzeń nie do spełnienia. Pisowski pakiet socjalny przejdzie już do historii. Te ugrupowania stały się niejako zakładnikami części Polaków. To ta grupa społeczna dyktuje populistom programy wyborcze. Wygrywa ten kto obieca więcej. Wyrządziło to szkodę innym politykom, którzy swoją ofertę wyborczą chcą dostosować do kondycji ekonomicznej i gospodarczej kraju. Efektem tego może być wyrzucenie poza przestrzeń publiczną ugrupowań odpowiedzialnych i pragmatycznych. Nadzieją jest to, że populizm i kłamstwo mają krótkie nogi. Jeśli wyborca nie otrzyma tego co mu obiecano, odwróci się od danego ugrupowania. Żywoty Samoobrony RP czy Ruchu Palikota były jednokadencyjne. Z PiS będzie o wiele trudniej. W tym przypadku z pomocą zawsze przychodzi wierny, twardy elektorat. Jesienią 2019 roku licytacja - kto da więcej również będzie trwała w najlepsze. Widać to już w Sejmie. PiS i PO robią wszystko, aby podbijać sobie słupki sondażowe. Przerwać może to jedynie mądrość wyborców, postawa obywatelska i wyższa frekwencja.

W polskiej polityce brakuje dzisiaj po blisko 30 latach kultury politycznej, dialogu i poważnej debaty. Próbuje dążyć do niej np. Barbara Nowacka, przedstawicielka centrolewicy oraz liderka Inicjatywy Polska. Ale z kim ma debatować? Ze skłóconymi parlamentarzystami, którzy przywołują demony przeszłości, wzajemnie oskarżają się i walczą o pozycję lidera w Sejmie? Nowacka oraz IP rozmawiają więc z Polkami i Polakami podczas spotkań w całym kraju, przedstawiają swoje pomysły na Polskę za pośrednictwem mediów. Nie dają się wciągnąć w polityczne utarczki.

4 czerwca stanie się niewątpliwie dniem do refleksji, że w miejscu, w samym centrum Europy środkowo – wschodniej, gdzie zaczęła się demokracja, może nastąpić niespodziewany zwrot akcji i powrót do przeszłości. Teraz już wiemy, że demokracja to nasz wybór, to my decydujemy. A jeśli mamy już takie duże możliwości, skorzystajmy z nich. Niech kandydaci na posłów nauczą się, że idą do Parlamentu służyć wyborcom, spełniać dane im realne obietnice, tworzyć takie prawo, żeby obywatele czuli się w paragrafach, jak w wygodnych butach. Politycy powinni jak najmniej ingerować w nasze życie prywatne, a tym bardziej w intymne. Pamiętajmy, że demokracja to nie tylko trójpodział władzy, ale przede wszystkim mądre, przemyślane decyzje potrzebne do rozwoju kraju. Demokracja to również jak najmniejsze upolitycznienie społeczeństwa, które obecnie naszpikowane jest polityką od stóp do głów. To przede wszystkim odczuwanie wprowadzanych dobrych reform, a nie codzienne słuchanie pyskówek między politykami. To odpartyjnione i odpolitycznione samorządy.

Jeśli dojdziemy do tego pułapu, wtedy będziemy mogli mówić o tym, że żyjemy w demokratycznym, rozwijającym się kraju, a data 4 czerwca 1989 roku, wówczas stanie się tego symbolem.
Trwa ładowanie komentarzy...